2016/09/28

My New Roots - konkurs.




Książkę Sary Britton, pokazywałam i recenzowałam już tutaj kiedy tylko ukazała się w wersji anglojęzycznej. Ogromnie cieszę się więc, że jej książka ukazała się na polskim rynku. 
Sara jest niekwestionowaną (na rynku amerykańskim) królową kuchni roślinnej. Pokazywałam tu przepisy z tej ksiąki, na sałatkę z soczewicy czy zupę fasolowo-pieczarkową.
Jeśli lubicie kuchnię Sary i jej filozofię gotowania i jedzenia, zapraszam do konkursu, w którym można będzie wygrać dwa egzemplarze jej książki.





Aby wziąć udział w konkursie, należy zostawić komentarz, pod tym wpisem.
Zadanie konkursowe brzmi nastęupjąco: 
Jaka jest Twoja filozofia/ sposób odżywiania i dlaczego właśnie taka?
Ze wszystkich komentarzy wybiorę dwie osoby, które otrzymają książki.

Komentarze można zostawiać przez tydzień, do środy, 5 października.
Zapraszam!




2016/08/09

Gryczana antonówka. Szarlotka.



Lato piękne jak w kalejdoskopie, czasem smutne, piękne deszczem i mokrymi różami, ślimakami, które wędrują nie wiadomo dokąd, potem znów wybucha upałem, skokami mija mi jakoś za szybko.
Staram się chłonąć każdy dzień, łapać chwilę, zwyczajną, która mi się wymyka, po prostu być tu i teraz.
Starym składakiem Babci zjeżdżam codziennie kilometry: targ, sklepy, warzywniak, czy po prostu włoczę się ulicami, patrząc na psy i stare drzewa, światłocienie i niebo, które nieustannie zachwyca. Może trochę zbyt zachłannie próbując nasycić się tym latem na zapas.
A ono się zmienia. Szybko.
Jeszcze tak niedawno zajadaliśmy się czarnymi czereśniami, 5.90 zł za kg, już przemijają maliny i pojawiły się śliwki. Patrzę na to wszystko z jakąś słodko-gorzką poświatą, wszystko przemija tylko tu i teraz, ta chwila, łap ją, jedz ją, wąchaj.
Jak te jabłka, z drzew sąsiadów.
Jedni mają papierówki, drudzy antonówki, chętnie się dzielą: "sąsiedzie chcecie wiaderko jabłek?" Pyta Dziadka, sąsiad.
Dziadek pyta nas "czy chcemy jabłka".
Chcemy!, odpowiadamy chórem z Babcią.
Zawsze chcemy...
Te jabłka nie mają sobie równych, pachną jak stary zapomniany świat, trochę jak starodawne perfumy, żadne targowe jabłka nie pachną i smakują tak upojnie.
Stare drzewa, w starych ogrodach, niektóre zapomniane, ukochałabym je wszystkie, zamykając w szarlotkach, nie przesłodzonych, lekko kwaśnych, takich jak kiedyś...





Gryczana antonówka. Szarlotka. 

Nadzienie:
 1,5 kg antonówek
 1/2 szkl. ksylitolu lub brązowego cukru
 1 płaska łyżeczka cynamonu

Jabłka obrać i pokroić w ćwiartki, dodać ksylitol lub cukier, cynamon, dusić do miękkości,  jabłka nie powinny się rozgotować. Ostudzić.


Ciasto:
100 g zimnego masła, pokrojonego w kostkę
1 żółtko
1/2 szkl. ksylitolu lub cukru
szczypta imbiru
szczypta soli
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej lub proszku do pieczenia
1 szkl. mąki pszennej jasnej (lub orkiszowej)
3/4 szkl. mąki gryczanej.

Wszystkie składniki wyrobić wyrobić ręcznie, aż powstaną okruszki.
Foremkę o wymiarach ok. 23x23cm wyłożyć pergaminem, na dno wyspać trochę więcej niż połowę ciasta, lekko docisnąć dłonią.
Foremkę i miskę z resztą ciasta wstawić na 15min. do lodówki, w tym czasie nagrzać piekarnik do 175st.C.
Schłodzony spód podpiec przez 10 min.
Na podpieczone ciasto wyłożyć jabłka, na wierzch wysypać resztę sypkiego, schłodzonego ciasta, piec ok. 45 min. Ciasto jest dość delikatne, dlatego też najlepiej nakładać je szeroką łopatką.

Smacznego!

2016/07/28

Nowe książki na lato.



Dominikę Wójciak pierwszy raz zobaczyłam w programie "Master Chef", pomyślałam sobie wtedy, że podoba mi się co ta dziewczyna robi w kuchni.
Dominika ten program wygrała, pisałam już o tym tutaj, przy okazji jej poprzedniej książki, która ogromnie mi się podoba. Niedawno miałam okazję poznać ją i na żywo to przemiła, wesoła, urocza osoba, z którą można przegadać godziny i konie kraść.
Jej najnowsza książka, "Ziarno", w całości poświęcona jest przeróżnym zbożom, kaszom, pseudozbożom i przeróżnym pomysłom na ich wykorzystanie w kuchni.




W książce znajdziemy przepis na każde znane nam zboża i kasze, pod różnymi, czasem niecodziennymi postaciami, przefiltrowane przez gust autorki, smaki podróży, bliskowschodnie inspiracje, które najłatwiej porównać mi do szkoły Yotama Ottolengi.
Książka podzielona jest na działy, każdy z nich to inny rodzaj ziaren i propozycje na to co możemy z nich przygotować, na końcu znajdziemy tradycyjny spis podzielony na zupy, sosy, ciasta itd.
Przykładowe przepisy:
Bakłażany faszerowane orkiszem, gulasz perski z bakłażanów, czarnymi cytrynami i pilawem szafranowym, kotlety jaglane z dynią, jaglotto z kalafiorem i ziemniakami, budyń jaglany z mango i passiflorą, dressing lniany, kilka rodzajów pesto (z bazyliowe, migdałowe, z rukwi), winegret z chia ziołowo-cytrynowy, gofry z wykiełkowanej gryki, wegański creme brulee, krem czekoladowy gryczany, z tahiną i pomarańczami, risotto czekoladowe, z karmelizowanymi węgierkami, koktajl owisany, z marechewką , czerwoną pomarańczą i ananasem, kilka rodzajów owsianek (niekoniecznie z owsa), napar hibiskusowy z lnu z imbirem, sałatka z orkiszem, koprem włoskim, pieczoną papryką i migdałowym pesto... i wiele, wiele więcej.

Feeria smaków i nietuzinkowych połączeń, brawo dla autorki, która wciąż się rozwija. Ciekawa jestem czym w następnej kolejności nas zaskoczy.

Polecam!











Małgosię Mintę znam od kilku lat i z ręką na sercu muszę powiedzieć, że nie znam drugiej bardziej pracowitej i wiedzącej co w kulinarnej trawie piszczy osoby.
Małgosia wie gdzie dobrze zjeść, kto sadzi najlepsze warzywa i zioła, w którym zakątku Polski wytwarza się najlepsze sery, miód i chleb, gdzie otwarła się nowa ciekawa knajpka, kto gotuje dobrze od dawna, a kto nowy, i ciekawy, pojawił się na restauracyjnym firmamencie...nic co związane ze sceną kulinarną nie ma przed nią tajemnic.
Na co dzień jest dziennikarką Gazety Wyborczej, a prywatnie prowadzi blog o jedzeniu, pod nazwą Minta Eats.




"Dzień dobry. Śniadania z Małgosią Mintą" to śliczna, ciepła, domowa, przystępna w odbiorze książka... o śniadaniach.
Bez zadęcia, przesadzonych stylizacji, po prostu pyszne jedzenie i dobre produkty w roli głównej.
A przepisy apetyczne i łatwe do przyrządzenia dla każdego.
Znajdziemy w niej kombinacje klasyczne i z twistem, jednym słowem każdy odnajdzie tu coś dla siebie: gryczanka z tahiną, kozi twaróg z miodem i tymiankiem, jajecznica z łososiem, kwaśną śmietaną i koperkiem, pita z jajkiem i hummusem, twarożek z pokrzywą, batoniki owsiane, szakszuka, placuszki z porzeczkami, sałatka z pomidorów, tosty francuskie, drożdżówki, granola, pesto, domowy twaróg, masła smakowe, konfitury i wiele więcej.
To taki przytulny śniadaniowy stół, ze znanymi smakami, czasem podkręconymi, do którego chcesz się przysiąść, skubnąć tego, posmarować tamtym, nalać sobie kawy i chwilo trwaj!
Polecam!









Jakub Milszewski i Kamil Sadkowski napisali książkę, jaką zawsze chciałam przeczytać.
A może inaczej, odpowiedzieli na pytania, które chciałam zadać, wprowadzili za kulisy restauracji, i biznesu około restauracyjnego, obnażając jej wszystkie sekrety.
Jedni powiedzą, że zbyt brutalnie, a nawet wulgarnie.
Prawda jest taka, że w kuchniach, podobno, panuje soczysty język i specyficzna gwara, atmosfera (jak w każdej grupie zawodowej) i powiedzmy nie jest to język i aura szkoły baletowej.
Można się na to dąsać, ale tak jest.
Nikt jakoś nie ma pretensji do Gordona Ramsay'a o jego sławne już słownictwo i temperament w kuchni.
Mnie taka dosadność nie razi, autorzy zmieścili się, prawie, w ramach tego co można przełknąć, a mam wrażenie, że wiele rzeczy wygładzili, kilka rzucili w nas, czytelników i konsumentów, jak przysłowiowy gorący kartofel.
Nie wiem, może się mylę, nigdy nie pracowałam w restauracyjnej kuchni, a z chęcią poznałabym opinie o tej książce zawodowych kucharzy czy ludzi z szeroko pojętej branży gastro.
Jedno jest pewne, czyta się jednym tchem, trochę jak powieść sensacyjną.
Warto!


2016/05/23

W Dniu Mamy...



Jest mi tak trochę smętne ostatnio.
Czas mi się jakoś dłuży i zaczynam tęsknić za Mamą i uzmysławiam sobie, że nie ważne ile mamy lat, czasem chce się zwyczajnie do niej przytulić.
Przypominają mi się przez to te wszystkie skrawki, które zlepione razem w pamięci tworzą wspólny twór: "dzieciństwo". Opalanie na końcu ogródka, za warzywnikiem, przy ogrodzeniu kurnika, tuż obok malin, gdzie Mama uczyła mnie robić na szydełku i na drutach, tam też czytałam na głos bajki Andersena. Granie w babinktona (dobra, wiem jak to się pisze, wszyscy wiemy jak jest!), niekończące się prowadzanie mnie na wieczorki czytelnicze do biblioteki i pielgrzymowanie po księgarniach. I jak rzucili powiew zachodu do obuwniczego, chodaki, pamiętasz Mamuś, tam gdzie jest teraz warzywniak? Drewniaki znaczy, i miałyśmy takie same i uczyłaś mnie w nich chodzić, bo takie dziwne te buty co się nie zginają...
I niedzielne poranki filmowe w Pałacu Kultury. Sanki, po których wracałam zmarźnięta, ale szczęśliwa.
Wieczorne powroty od okulisty, kiedy wszystko było zamazane, ale góry śniegu skrzyły się, tak pięknie na zimno biało-niebiesko, w absolutnej ciszy, tylko śnieg tak skrzypiał pod Relaksami. Wspólne robienie zapiekanek, koniecznie z Krzepkim Radkiem, i jedzenie leniwych pierogów oglądając Hi-Man'a.
Sobotnie wieczory z ciepłym drożdżowym ciastem, kiedy fotel był dla mnie wielkości sofy i przykrywałam go swoim kocykiem w słoniki, zasiadając na nim w piżamie w gwiazdki, gotowa do oglądania Wielkiej Gry czy jazdy figurowej na lodzie.
Stukot cienkich obcasów, który przez lufcik w kuchni zapowiadał trzepot jedwabnej spódnicy i niechybnie jakąś przywiezioną dla mnie książeczkę. Przytulanie się do Ciebie tak mocno, że aż brakowało Ci tchu. No bo przecież jasne (dla mnie wtedy) było, że im mocniej Cię ściskam tym bardziej kocham! Przyglądanie się jak się malujesz, tymi smukłymi dłońmi pianistki, i jak bierzesz pierwszy kęs kromki chleba z masłem, zanim zrobisz kanapkę.
Wszystkie te puzzle sprawiają, że tęstknię jeszcze bardziej, a już zaraz Dzień Matki i zrobiłabym Ci pesto albo tiramisu, które tak lubisz. Poczekać mi trzeba jeszcze...



 PS i pamiętajcie, że: